“this is cow, sir”

…otwieram oczy i mysle sobie co sie dzieje w moim brzuchu. poranek w pociągu byl ciezki. nie mielismy mililitra wody a żaden lokales nie przechodził z asortymentem sniadaniowym. zawada z rana jako pierwszy nie dał rady i przy 3cim podejściu puścił belcika. kolo 8 dojechalismy do celu – varanasi swietego miasta w indiach gdzie miliony pielgrzymow przyjezdza wykapac sie w gangesie i oczyscic dusze. od razu samochodem przypominającym Warszawę kierowca zawiózł nas w okolice naszego hotelu. po drodze jadący z naprzeciwka tuktuk musiał z piskiem opon nas wymijac, dowiedzieliśmy sie po tym ze prawo jazdy zdobywa sie tutaj przy stole i zadna praktyka nie jest wymagana. w koncu dojechalismy na jakas ulice i Adam z grabazem poszli rezerwować pokój my natomiast zostaliśmy sami przy samochodzie. od razu złapał mnie zaklinacz węży z dwiema kobrami w zapasie. na poczatku dał dotknąć i zrobic zdjecie oczywiscie nie za darmo. po tym jak wreczylem mu ustalona sumę skierował tego gada prosto w moja twarz wyludzajac wiecej. gdy nasi przewodnicy po nas wrócili ruszylismy ciasnymi uliczkami, ociekajacymi woda, gdzieniegdzie pokrytymi krowim gownem, by dotrzec do naszego miejsca zamieszkania. tu musieliśmy czekać ok 2h na wolny pokój i w tym momencie zaczął sie moj koszmar… zemsta gandhiego była bardzo przeczyszczajaca a na domiar złego doszły 3 srogie pawiki. w koncu dostaliśmy swój 3os pokój na 5tke i po spokojnym ogranieciu ruszylismy na miasto. z poczatku byl przyjemny spacer wzdłuż gangesu by trafić na zatłoczona ulice gdzie znaleźliśmy typowa lokalna knajpe. chłopaki zamowili sobie jakies danie w ciemno i w tym momencie padł prad… temperatura w w sekundę wzrosła tak ze czuliśmy sie jak w istnej saunie. po kilku nieudanych próbach odpalenia agregatu przyszło jedzenie. stan zapocenia byl adekwatny do wyjścia w ubraniach z wody a zamówione wymarzone picie przynieśli nam na sam koniec. w drodze powrotnej usłyszałem tekst “nice hair. like cobra” a wczesniej Radziej ze względu na swoje dredy nazwany został “guru”. wymeczeni wróciliśmy znowu do pokoju by wyschnac w klimie. po zachodzie slonca udalismy sie nad rzekę obejrzeć ceremonie uczczenia “mother gangi”. za 10 wariatów dostaliśmy błogosławieństwo Shivy i długiego szczęśliwego życia a przypieczetowane zostało to czerwona plama na czole. następna ofiara hinduskiego szamana byl Grabaż ktory otrzymał masaż dłoni i dostał propozycje fullbody massage (ciekawe jaka cena happyendu:)). po drodze robiliśmy sobie zdjęcia ze święta krowa. od przechodzącego gościa dowiedzieliśmy sie jakże zaskakującej rzeczy – “this is cow, sir.” 🙂 to była juz końcówka dzisiejszego dnia. wróciliśmy do hoteliku by na patio z widokiem na ganges pograć w karty, wypić kolejna gęś i napisac tego posta.
na koniec słowo na dzis za którego rozwiazanie zwycięzca dostanie gifta, a brzmi ono: DZIABABŁE. dla podpowiedzi związane jest to z dwiema pięknymi sąsiadkami z Tajwanu. właściciel hotelu złożył nam propozycje ze za 500€ załatwi je na jutro…

20120722-133131.jpg

20120722-133139.jpg

20120722-133145.jpg

20120722-133150.jpg

20120722-133156.jpg

20120722-133201.jpg

20120722-133207.jpg

20120722-133213.jpg

20120722-133222.jpg

20120722-133217.jpg

20120722-133230.jpg

20120722-133239.jpg

20120722-133235.jpg

20120722-133243.jpg

20120722-133248.jpg

20120722-133300.jpg

20120722-133253.jpg

20120722-133305.jpg

20120722-133319.jpg

20120722-133329.jpg

20120722-133323.jpg

20120722-133312.jpg

Advertisements

One comment

  1. Pierwszy! DZIABABŁE = RUCHAŁBYM (CIĘ). Pozdro!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: